Świadectwa
W Sylwestrową Noc..
Świadectwa
Wpisał Edyta   
Środa, 07. Styczeń 2009 21:16

Osobę, którą się kocha bez ustanku chce się czymś zaskakiwać. I właśnie tak postępuje Bóg! Nigdy nie działa według naszych planów, nigdy nie działa według żadnych planów.

 Na wyjazd do Brukseli czekałam z utęsknieniem jako na możliwość oderwania się od problemów i emocjonalnego zatopienia się w Bogu. Szybko się jednak okazało, że chwile modlitwy nie podziałały – nie potrafiłam się na tyle oderwać od natrętnych myśli, aby zatopić się w Nim i poczuć Go. On jednak znalazł inny sposób, aby pokazać mi to, na co czekałam. Ale od początku...

W sylwestra, po modlitwach w hali w Brukseli mieliśmy jak zwykle wrócić do miasteczka Leuven (lub też Louvain po francusku), do swojej parafii. I wcześniej nam się to udawało…Wsiedliśmy w pierwszy pociąg, który jechał do Louvain i zaczęliśmy śpiewać kolędy i kanony. Dołączył się do nas nawet pielgrzym z Niemiec i tak po godzinie wychwalania Pana dotarliśmy na miejsce. Co prawda sama stacja wydała nam się obca, ale na szczęście spotkaliśmy jakieś osoby, które wskazały nam drogę na rynek. Muszę przyznać, że nawet ucieszyłam się, gdy powiedzieli, ze centrum miasta jest niedaleko, bo dochodziła już 23, a o tej godzinie miała się zacząć modlitwa w kościele o pokój na świecie. Jednak po krótkiej rozmowie okazało się, że to nie jest to miasteczko! W Belgii są bowiem dwa Louvain – nowe i stare i my trafiliśmy do tego co nie trzeba… Ale oczywiście nic nie było w stanie zepsuć nam humorów – co prawda w perspektywie mieliśmy powrotną podróż do Brukseli, jednak przecież mieliśmy ten czas umilać sobie śpiewaniem kolęd! Jedyny pociąg, który odjeżdżał stamtąd prowadził do Ottignes – małej miejscowości położonej niedaleko, a tam mieliśmy złapać coś dalej. Nie udało się – na miejscu okazało się, że możemy jechać do Brukseli, ale o 5 rano! Byliśmy zmęczeni, zmarznięci i głodni! Przepraszam dziewczyny, ale muszę się do tego przyznać – zaczęłyśmy we trzy lamentować… Na szczęście chłopcy wyciągnęli mapę i stwierdzili, że pójdziemy do parafii Taize, która jest w tej miejscowości – w jaki sposób znaleźli odpowiednią drogę do tej pory jest dla mnie wielką tajemnicą, bo na tej mapie jak dla mnie nic nie ma… Suma sumarum, mocno przestraszeni (a raczej przestraszone) wyruszyliśmy z nadzieją w dalszą drogę. I o godz. 23.55 (sic!) dotarliśmy pod mały kościół, z którego zaczęli wychodzić ludzie, aby przywitać Nowy Rok. Dalej wiadomo – odliczanie, fajerwerki, składanie życzeń i ogólna atmosfera święta, która udzieliła się również nam. Znaleźliśmy osoby odpowiedzialne za tą parafię, szukając u nich ratunku, a oni zaprowadzili nas do księdza. Najpierw usiłowaliśmy dogadać się po francusku, ale szybko przeszliśmy na język ojczysty – proboszcz okazał się Polakiem z krwi i kości i od kilku miesięcy pracował w tej parafii. Zaproponował nam wspólną imprezę sylwestrową, z czego oczywiście skorzystaliśmy :), obiecując zorganizowanie jakiegoś transportu. A impreza była wspaniała – występowaliśmy nawet na scenie w trakcie święta narodów, razem z innymi Polakami, którzy intonowali polskie piosenki. A jedną z nich śpiewaliśmy najgłośniej, ponieważ

Dotknął nas wtedy Pan
I radość ogromną w sercu mieliśmy
Z tej radości chcieliśmy
Śpiewać i klaskać w dłonie swe
Więc wszyscy razem chwaliliśmy Go
Za to że trzymał nas ręką swą

Bo wtedy nie musiałam tego czuć, wtedy to wiedziałam, że to On trzymał nas ręką swą!!

Bawiliśmy się wspaniale, a o 3 wróciliśmy tam gdzie powinniśmy być, odwiezieni przez pana, który miał samochód akurat na 7 osób.

Pewnie każdy z naszej siódemki inaczej przeżył tę historię. Mnie nauczyła ona, że nie muszę się bać tego, że to co Bóg dla mnie przygotował, nie spodoba mi się. Nawet jeżeli Jego wola będzie inna niż moja, to będzie taka sama jak tego pragnę, a nawet przekroczy wszelkie moje oczekiwania.

A dostać w prezencie noworocznym od samego Boga taką wspaniałą przygodę – bezcenne!!

Asia