|
"Bóg naszych przodków już dawno cię wybrał, abyś poznał Jego wolę, abyś zobaczył Sprawiedliwego i usłyszał Jego głos. Odtąd będziesz Jego świadkiem wobec wszystkich ludzi, mówiąc o tym, co zobaczyłeś i usłyszałeś" (Dz 22,14-15) Bycie lektorem to powołanie takie samo jak opisane wyżej powołanie św. Pawła... Sposób życia który przemienia, daje radość i poczucie spełnienia... Przeczytaj, co mówią na ten temat sami lektorzy....
Swoje świadectwo chciałbym rozpocząć od tego niezwykłego faktu jakim mnie Bóg obdarzył, czyli bardzo specyficznego imienia: Wincenty. Odkryłem to dopiero, gdy trafiłem do DA „Na Miasteczku”, w którym posługują księża misjonarze właśnie z tego zgromadzenia, które założył św. Wincenty A Paulo, mój patron. Z tego też zgromadzenia pochodzi biskup Albin Małysiak, który założył nasze duszpasterstwo, a w 1998 roku udzielił mi bierzmowania. Jest to dla mnie szczególny znak działania Bożej łaski, która prowadzi mnie do miejsca związanego z posługą człowieka udzielającego mi sakramentu dojrzałości chrześcijańskiej. Pochodzę z wielodzietnej i bardzo religijnej rodziny mieszkającej w bardzo malowniczej miejscowości w Pieninach. Odkąd pamiętam rodzice zawsze dawali mi dobre świadectwo wiary oraz poświęcenia się w opiekę Boża. Ale jeśli chodzi o posługę ministranta, to sam nie pamiętam jak to się stało, że nim zostałem, jednak bardzo wpłynęło to na moje życie osobiste. Już jako młody chłopak (chodziłem wtedy może do „zerówki”) posługiwałem do Mszy św. za sprawą naszego ówczesnego księdza proboszcza. Tak to rozpoczęła się moja przygoda związana z posługą przy ołtarzu. W początkowych latach posługi byłem mało odważnym do pełnienia różnych funkcji. Lecz zaczęło to się zmieniać, gdy przyszedł okres dojrzewania. Wtedy to bardzo sporadycznie zacząłem posługiwać przez czytanie Słowa Bożego (ale lektorem zostałem dopiero w trzeciej klasie liceum i od tej pory posługuję tą zaszczytną funkcją). Teraz zauważam, że bez tej wspaniałej funkcji jaką mnie Bóg obdarzył nie umiałbym żyć. Wpoiło to w moje życie chęć uczestnictwa w codziennej Eucharystii, która ukazuje mi każdego dnia to, na co mam zwrócić szczególna uwagę. Ważnym etapem mojego życia -jak większości z was- było rozpoczęcie studiów. Od początku byłem przekonany, że to będzie Kraków. Tutaj jest tak wiele renomowanych uczelni. Z tym okresem rozpoczął się dla mnie trudny czas rozstania z rodziną. Szybko jednak odnalazłem miejsce w którym spędzałem dużo czasu, a stał się nim kościół. Ale jeśli chodzi o posługę przy ołtarzu, rozpoczęła się ona dopiero po roku studiów. Powodem było to, że po prostu nie miałem odwagi, aby pójść i zapytać czy mógłbym posłużyć. Może niektórzy z was też mają taki problem. Mówię wam nie bójcie się, do odważnych świat należy!!! Kiedy przełamałem pierwsze lody poczułem, że to są tacy sami ludzie jak ja i też potrzebują świadectwa wiary. Z tym okresem rozpoczęły się wspaniałe przeżycia, jakimi były i są: spotkania formacyjne, rekolekcje ( z tym związany bliższy kontakt w księdzem, który je prowadzi), akademickie drogi krzyżowe (jako lektorzy szliśmy z pochodniami), posługa w różnych miejscach Krakowa, takich jak: Kolegiata św. Anny czy Wawel (w obecności ks. Kardynała Stanisława Dziwisza). Dla mnie szczególnym okresem był czas kiedy w naszym duszpasterstwie przebywał diakon Przemek (teraz już ksiądz). On pobudził nas do pracy nad sobą oraz wyglądem i działaniem naszego duszpasterstwa. Każdy z nas ma inną drogę do przebycia, w moim przypadku najpierw stało się uczestnictwo w Mszach św. na kościele, przez posługę lektora do posługi zastępcy szefa lektorów w ostatnich dwóch latach. Mówię wam naprawdę warto zawierzyć swoje życie Chrystusowi!!! Wicek --===============-- Tylko Bóg potrafi tak prowadzić... Wstąpiłem do ministrantów, gdy byłem w trzeciej lub czwartej klasie podstawówki. Pochodzę z niedużej miejscowości na Śląsku. Moja rodzina odkąd w niej mieszkała pomagała kolejnym farorzom (śląsk. proboszczom). I pewnie właśnie dlatego jeden farorzy – już ś.p. ks. Henryk – zawsze nagabywał chłopaków z mojej rodziny, byśmy wstąpili do ministrantów. Tak mnie nakłaniał, aż w końcu dotarło do kudłatej łepetynki. I zaczęła się moja przygoda ze służbą liturgiczną. Pierwsze lata upłynęły pod znakiem rojbrowania (śląsk. rozrabiania) w zakrystii i po z sobotnich zbiórkach. Jednak teraz, z perspektywy czasu, widzę, że Bóg nauczył mnie wtedy bardzo wiele. Bycie ministrantem było szkołą obowiązkowości – jeżeli byłem na coś zapisany to musiałem się wywiązać z obietnicy. Poprzez służbę liturgiczną Jezus działał we mnie dalej. Przez obowiązkowość mój bunt młodzieńczy – bunt dojrzewającego nastolatka przeciw wierze – nie spowodował rozejścia się moich dróg z Kościołem. Cudownie wspominam też czas wyjazdów wakacyjnych do bacówki, której właścicielem był nasz kościelny. Człowiek rozmiłowany w górach i przesiąknięty piękną śląską tradycją, tą piękną tradycją mającą swe korzenie w wierze, modlitwie i Biblii. Po każdym posiłku nie mogły zostać żadne resztki, bo kto by to widział, żeby wyrzucać jedzenie – Boży dar. Jeszcze czuję zapach ogniska i słyszę pogłos pieśni religijnych, które śpiewaliśmy wieczorami. Nigdy nie zapomnę tych górskich wędrówek. To niesamowite jakich Jezus stawia na naszej drodze ludzi. Koniec podstawówki był zazwyczaj w mojej parafii końcem służby. Ja chcąc oddalić tą chwilę postanowiłem posłużyć do końca wakacji, potem do Bożego Narodzenia, a potem to już poszli w moje ślady inni i zostałem. Zawsze będę to postrzegał jako niesamowity wyraz Bożego działania w moim życiu. Bóg przeze mnie coś zmienił w życiu mojej parafii... Szkoła średnia była czasem łamania i kruszenia dziecinnych obrazów Boga. Dzięki naszemu wikariuszowi – ks. Adamowi – stałem się jednym z pierwszych członków Ruchu Światło-Życie w mojej parafii. Oazy wakacyjne, piątkowe Msze Św., modlitwy pełne Ducha i długie rozmowy formacyjne spowodowały, że moja wiara dojrzała i jeszcze bardziej rozmiłowałem się w Eucharystii. Ks. Proboszcz posłał kilku z nas na kurs dla animatorów i lektorów ministranckich. W życiu nie przypuszczałem, że błogosławieństwo na lektora zaowocuje tak niesamowicie w moim życiu. Krzyż w nagłówku tego artykułu to właśnie mój krzyż lektorski. Już w podstawówce otrzymałem od Boga dar pięknego czytania, potem talent ten z Bożą pomocą rozwijał się – ale dopiero w w Krakowie miałem się przekonać dlaczego Bóg mnie tak obdarował. Po szkole średniej trafiłem zgodnie z Bożym zamysłem do Krakowa – ja to zawsze myślałem o studiowaniu w Gliwicach i śmieszyło mnie to gdy ludzie mówili o “magii” Krakowa. Teraz wiem, że się myliłem. Trafiłem pod strzechę DA “Na Miasteczku” do grupy lektorów i do Oazy. Dopiero tutaj przekonałem sie, że dla Boga nie ma nic niemożliwego. Wstępując do ministrantów nie pomyślałbym nawet, ze kiedykolwiek będę miał okazję służyć w Katedrze na Wawelu, czy w kościele Mariackim. Nie uwierzyłbym, gdyby ktoś mi powiedział ze będę służył do mszy sprawowanej przez kard. Macharskiego, czy kard. Dziwisza. Św. Paweł pisał że należy sie chlubić tym czego Bóg dokonuje w naszym życiu. Dla mnie do końca życia chlubą i tajemnicą pozostanie to, jak Bóg doprowadził do tego, że mogłem czytać Słowo Boże w czasie nabożeństwa z Benedyktem XVI – siedzieć trzy metry od głowy Kościoła Katolickiego. A teraz.... Teraz jestem szefem służby liturgicznej w DA “Na Miasteczku” i z niepokojem i ciekawością czekam na rozwój Bożego planu wobec mojej osoby. Jezus potrafi uczynić cuda w zyciu człowieka ! W moim życiu czynił cuda dzięki temu, że mu zaufałem i posłuchałem Go, gdy powoływał mnie do służby liturgicznej. Jeżeli czujesz, że to jest to, co ukoiłoby pragnienia Twej duszy to drzwi dla Ciebie stoją u nas otworem... Zapraszam z calego serca: przepełniony zadziwieniem z Bożego działania Marek
|